X

Japonia: ramen tańszy niż w Polsce

Wszystko jedno czy jesteście typem gastroturysty czy wręcz odwrotnie: podczas podróży zdobycie i spożycie posiłku ma Wam zająć minimalną ilość czasu. W Japonii będziecie zadowoleni.*

Dostępność

Po przylocie pierwsze kroki kierujemy na najbliższy róg. To tam znajduje się konbini – samoobsługowy sklep pierwszej potrzeby (ang. convenience store). Wypełniony jest po brzegi towarem rozmaitem, ale naszą uwagę zwracają przede wszystkim witryny chłodnicze: z wyborem niesłodzonych (o, tak!) herbat w butelkach oraz z ryżowymi kanapkami onigiri. Za te naprawdę dobrej jakości produkty płacimy mniej więcej 4 zł (uczcijmy to minutą ciszy, w której następuje szok i niedowierzanie). To nasze paliwo, miłość od pierwszego wejrzenia, ratunek kiedy w najbardziej upalne i wilgotne dni w roku taszczymy ze sobą nosidło z całkiem już ciężką Małą Pyzą.

Jedzenie jest w Japonii wszechobecne 24 godziny na dobę, ale kultura streetfoodu nie rozwinęła się na taką skalę jak w Chinach czy Wietnamie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: zgodnie z japońskim savoir-vivre nie powinno spożywać się jedzenia idąc albo iść jedząc – jak kto woli. Nie ma więc kruszenia chipsami, popijania napojów w komunikacji miejskiej, zapamiętałego lizania lodów podczas spaceru, nada. Jemy – siadamy.

Co za to jest? Estetyczne zestawy lunchowe, które zabrać ze sobą możemy w dalszą drogę koleją. Wszystko jedno czy mkniemy shinkansenem z prędkością światła czy wleczemy się kolejką wąskotorową obowiązkowo zabieramy ze sobą ekiben, czyli wieloelementowy posiłek w pudełku, w którym poza surową rybą czy piklami można znaleźć np. smażone mini kotlety schabowe 😉

Właściwie każde kulinarne życzenie zostanie w Japonii spełnione – nie zapominajmy, że w stolicy tego kraju jest więcej 3-gwiazdkowych lokali niż w Paryżu. Na dodatek w Japonii definicja doświadczenia restauracyjnego jest znacznie poszerzona w stosunku do tego do czego przywykliśmy – możemy jeść z nagiego ciała lub nago, w towarzystwie zwierząt (koty są już passe, teraz rządzą sowy i króliki) czy spróbować dania nieuznawanego za jadalne w innym kontekście kulturowym. My zdecydowaliśmy się jedynie na tę ostatnią opcję, a ramen z żółwia i nie dość, że okazał się niebywale smaczny to na dodatek jest nam w pewien sposób bliski (w klasycznej książce kucharskiej Marii Monatowej znajdziecie przepis na zupę żółwiową).

Czy są jakieś „ale” w kwestii dostępności? Tak i to nawet dwa. Po pierwsze należy przyzwyczaić się, że w przeciwieństwie do Polski, ale podobnie jak w innych krajach na świecie, w restauracjach (a nawet małych lokalach gastronomicznych) są dwie pory posiłków: lunchowa i wieczorna. W praktyce oznacza to, że od 14 do 17 wiele miejsc jest po prostu zamkniętych. Dla turystów może nie być to zbyt wygodne, ale tak jak wspominałam na początku – zawsze można wstąpić do konibini lub zdecydować się na posiłek w jednej z sieciówek, czynnych przez cały dzień. Oczywiście optymalną opcją byłoby dostosowanie się do japońskich zwyczajów, ale cierpiącym na jetlag przyjezdnym nie zawsze jest to w smak.

Drugie „ale” dotyczy natomiast kolejek do restauracji – nie jesteśmy w Polsce do nich przyzwyczajeni, w Japonii są codziennością.

Ceny

Ceny w Japonii są zróżnicowane i to jest ich największy plus, bo każdy znajdzie przedział odpowiedni dla siebie.

Zestawy lunchowe teishoku. To najlepszy sposób, aby poznać japońską kuchnię niedostępną w Polsce. Z domowym sznytem, w rozsądnej cenie około 40 zł zjecie główne danie, przystawkę sozai, ryż, zupę miso-shiru i pikle. Menu zmienia się każdego dnia, więc można do tego typu lokali wracać wielokrotnie i nie natrafić na taki sam zestaw. My mieliśmy to szczęście, że spacerując po obrzeżach miasta przez zupełny przypadek weszliśmy do restauracji teishoku-ya z ponad 200 letnią tradycją. Obsługujące nas osoby były tak zaskoczone naszą wizytą, że upewniały się, że nie przyszliśmy tylko zgarnąć grasującego w okolicy pokemona. Niezapomniane doświadczenie!          

Sushi. Dostępne jest już od 4zł za 2 sztuki nigiri w przybytkach typu kaitenzushi, w których na taśmie przed naszymi oczami przesuwają się kolorowe talerzyki z gotowymi porcjami tego specjału. Cena odpowiada jednak jakości i warto choć raz zdecydować się na opcję mniej fast-foodową, ale nie koniecznie drogą np. sushi przygotowywane bezpośrednio na targu rybnym.

Ramen i inne zupy. Zapłacimy za nie od 24 do 40zł, nawet w przybytkach uznawanych za najlepsze (vide tokijska ramenya odznaczona gwiazdką Michelin). Najlepszy ramen, który jedliśmy powalił nas na kolana. Gęsty wywar o skoncentrowanym smaku, sprężysty alkaliczny makaron podany osobno i wybór dodatków. Co może zaskakiwać to jego samoobsługowy zakup w automacie umieszczonym przed lub wewnątrz restauracji.

Zupy to naszym zdaniem najlepszy z możliwych posiłków w Japonii – zawsze w przystępnej cenie, a pod względem smaku wybijają się na tle minimalistycznego sposobu doprawiania innych japońskich dań.

Yakiniku. Jeśli marzy Wam się prawdziwa japońska wołowina z grilla to opcja idealna dla Was. Za 100 talerzyków z mięsem, dodatkami i deserami zapłacimy około 100zł. Jest to opcja wybitnie mięsariańska, ale możecie się zdziwić jak bardzo popularna jest wśród japońskich kobiet (przepraszam za ten mało genderowy wtręt, ale jest jak jest).

Oczywiście zjecie w Japonii również doskonałe posiłki w restauracjach typu fine-dining serwujących wyrafinowane dania kaiseki oraz w przybytkach z kuchnią zachodnią (również w opcji fine-dining – vide: na głównej stacji kolejowej w Nagoi znajduje się restauracja Paula Bocusa). Na każdym kroku można znaleźć również naleśniki 🙂

Na koniec mam dla Was ciekawostkę przyrodniczą. Jak rozpoznać japoński lokal gastronomiczny, jeśli nie znacie japońskich znaków? Po ceramicznej figurze szopopraczopodobnego tanuki, z szerokim uśmiechem i przerośniętymi jądrami. Wprawdzie zwierzęciu temu (łac. Nyctereutes procyonodoides) bliżej do psa, wilka czy lisa, ale nie jest to aż tak istotne jak fakt, że zapowiada japońską ucztę.  

Jedźcie i jedzcie – Japonia jest bliżej niż myślicie.

*Oczywiście uogólniamy sobie tutaj i piszemy o Japonii jako całości, gdy tak naprawdę udało nam się zwiedzić jej niewielką część w dość krótkim okresie czasu. Absolutnie nie uważamy się za wszechwiedzących ekspertów, ale dzielimy się tym, czego doświadczyliśmy (przy założeniu, że poznawanie danego kraju zależne jest nie tylko od tego jaki ten kraj jest, ale kim są osoby go poznające).

Podobne wpisy